Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Pierwsze kroki

Całkiem niedawno zaczęłam żyć od nowa, rzeczywiście więc stawiam pierwsze kroki. I tu na blogu, i tak na codzień. Pamiętam pierwsze kroki moich dzieci, upadki także. Pewnie i mnie to czeka. I choć odczuwam strach to chyba bardziej fascynuje mnie podróż, którą rozpoczynam. Nadzieja, że kiedy już przestanę potykać się i upadać to przecież dotrę we wspaniałe miejsca. Dotąd niepoznane. Nie twierdzę , że wszystko co spotkam po drodze mnie zachwyci, ale w tym cały tkwi urok tej wycieczki.

Nie wiem tylko czy kiedykolwiek przestanę upadać  - pewnie nie. Ale nic to. Albo się do upadków przyzwyczaję, albo  może przestanę odczuwać związany z nimi ból. Czy tego właśnie chcę? Nie, niech boli. Kiedy boli czuję, że żyję. A rany przecież kiedyś się zagoją , zabliźnią, zostaną wspomnienia. Mam nadzieję , że będą ciepłe.

Oj, motam się dzis strasznie. A może nie dziś tylko. Czy motanie się to ma sens? Zobaczymy.

***

Nie chcę juz myśleć, a myślę

To myśli gonią mnie same,

Głowę rozsadza ich tupot

Nie chcę pamiętać, Nie mogę

Zbyt mocny wspomnień atrament

O rozpacz przyprawia mnie głupią.

***

Czy przyjdzie kiedyś czas, taki czas kiedy przestanę rozumieć to co teraz piszę, zapomnę, będę szczęśliwa?

 



Podziel się:

komentarze (2) | dodaj komentarz

Szukam kogoś, kogoś na stałe...

Od rana mam w głowie tę piosenkędo tekstu Agnieszki Osieckiej, i dobrze mi z tym. Bo może to znaczy , że chciałabym mieć kogoś na stałe?

Już czas, choć Ty odszedłeś zostawiając po sobie niezły bajzel : w domu, w moim sercu , w głowie. Nie, nie jeszcze nie pozbierałam się po tym wszystkim co przeżyłam za Twym udziałem w ciągu ostatnich, Mój Boże - trzech lat!!!

Strasznie dużo czasu! Wiem, że potrzeba go by zapomnieć, ukoić ból - ale czy ja go nie marnuję - szkoda mojej młodości;) póki jeszcze jest.

Wiesz, coraz częściej zastanawiam się nad tym naszym całym małżeństwem. Dopóki trwało nie było złe, ale czy było dobre? O zgrozo - nie mogłabym bez zastanowienia odpowiedzieć "tak".

Więc może powinnam być wdzięczna Tobie za to , że podwinąwszy ogon pod siebie uciekłeś na tyle daleko by poczuć się wolnym?? Może, Może właściwie jestem. Nie mogę Ci jedynie wybaczyć tego w jakim to stylu zrobiłeś. I tego, że wciąż więzisz mnie emocjonalnie także. Nie stać Cię na zachowanie godne prawdziwego faceta. Bo, że za nic masz przysięgę, sakrament, dobro naszych dzieci... dużo można by jeszcze wymieniać... Wiem , wiem mówiąc nie stać Cię miałam też na myśli kasę po prostu. No cóż życie jest brutalne. a Ty może jeszcze tego nie wiesz - ale wolność da Ci nie inny kraj, nie nowa kobieta (może na początku - później zacznie Ci ją odbierać) ale kasa właśnie. Ładnie to nazywając - niezależność finansowa.

Życzę Ci byś ją osiągnął, poczuł się tak naprawdę wolnym, zrobił to czego w życiu pragniesz. I pamiętał , że Twoje dzieci chcą jeść codziennie , a nie raz na jakiś czas (na kwartał).

Chyba zaczynam sączyć jad. Zatruwa każdą linijkę. Ale nazbierało się go trochę przez te trzy - naprawdę bardzo trudne lata.

Ty też wybacz, jeśli potrafisz. Nie mam o Tobie dobrego zdania. Nie chcę Cię już kochać, znać, myśleć o Tobie . Choć sama Cię sobie wybrałam. KIEDYŚ... 

***

wiem , wiem

- szukać nie będę

- nie na stałe

ale może na czasem

- do przytulenia

 na chwilę

a potem jeszcze raz

czy dwa...

***

Może mogłabym znów zaufać, pokochać, tęsknić, czekać, cieszyć się - choć przez chwilę - jedną , może dwie, może zawsze...

To nadzieja pozwala mi trwać i moje dzieci.



Podziel się:

komentarze (2) | dodaj komentarz

Poniedzielny moralniak

No i pokłóciłam się z dziećmi. Tego mi tylko brakowało. I to dlatego mam moralniaka. A może lęk przed tym, że przestaję sobie z nimi radzić. Co tu dużo mówić - przydałaby się męska ręka w cudzysłowie rzecz jasna. Ale ciebie nie ma. Nic nowego - powiesz. Tyle, że one są już takie duże i kapryśne. I rzecz jasna zdezorientowane. Bo przecież nie wiedzą co się dzieje. Wkurzyłeś mnie ostatnio, żeby zmuszać dziecko do przeprosin za to , że Ty nie możesz przyjechać. Powinieneś błagać je o wybaczenie za to co im robisz. Nie one Ciebie!! 

To się nazywa manipulacja. Bo wiesz, że tęsknią i kochają. Że za nic nie chcą Cię urazić, by nie mieć poczucia, że są winne. Czy Ty w ogóle panujesz nad tym co robisz?

Nie wiem. Żal mi Ciebie. Tak po prostu, ale bardziej żal mi dzieci. Co oznacza koniec taryfy ulgowej dla ich ojca.

Ojca tylko z nazwy i od święta. Miały fajnego tatę - dawno temu.

Czasem go sobie wspominamy, to dobre wspomnienia.



Podziel się:

komentarze (1) | dodaj komentarz

Za oknem deszcz...

...a ja ledwo panuję nad ziewaniem. Uwielbim zamieszanie w pracy, wtedy czas szybko mija. A dziś tak sennie. Już nie mogę doczekać się urlopu. Słońca rzecz jasna także. Jeśli tylko wyjdzie zza chmur bedę przez dwa tygodnie byczyć się na plaży, pławić w jeziorze... och;)).

Właściwie powinnam pomalować dom, może zrobię to w tzw. międzyczasie.:) I oczywiście jak będę miała kasę. Kolory wybrane, chęci są, tyle że jak wracam do domu to zanikają błyskawicznie. Jak to sie dzieje? Zresztą nie ma co wybiegać tak daleko w przyszłość, urlop dopiero w przyszłym tygodniu. A mam parę gorszych rzeczy do załatwienia. Znaczy mniej przyjemnych niż malowanie ścian w moim wielkim domu.

Powiedział mi ktoś kiedyś, a może gdzieś to przeczytałam, że nie ma sensu martwić się rzeczami na które nie mamy wpływu. I czasem mi sie to nawet udaje. Ale nie zawsze. To znaczy głowa może i potrafi nie martwić się, ale serce nie. A jedno nie jest spokojne gdy spokoju nie ma drugie. Przechlapane. Żeby tak można było wyłączyć się czasem jak wyłącza się światło. Ale nie - nawet jak gaśnie światło to ja nie. Wtedy śnię. A sny bywają czarniejsze niż rzeczywistość. Chyba podświadomie uwalniam swoje lęki. Gdyby to jeszcze znaczyło, że uwolnione nie wrócą.

 

Skończyłam czytać książkę , która daje nadzieję, że to co robimy - my matki - ma sens. Hanny Samson "Miłość reaktywacja" - gorąco polecam. I szczerze podziwiam bohaterkę.Mam też nadzieję, że będę miała szczęście poczuć się małą mamusią swoich dzieci. Czasem role się odwracają. 

A tymczasem dzieci na zesłaniu u babci. Może uspokoją się trochę , złagodnieją.  Wiem , że jeśli nawet to na pięć minut. Ale dobre i to. Rozbisurmaniły mi się ostatnio. Wiem , wiem ja w ich wieku też nie byłam aniołkiem. I nadal nie jestem;))

Ale o mnie może innym razem.



Podziel się:

komentarze (0) | dodaj komentarz

Porozmawiajmy...

...mam ochotę powiedzieć do Ciebie. Ale o czym? Odpowiesz. No właśnie , o czym. Może o dzieciach, może o ich pragnieniach, potrzebach, sukcesach , nowych siniakach, fryzurach - czymkolwiek. To i tak niewiele, ale zawsze coś. Może byłoby mi trochę lżej, może dałoby mi to poczucie, że w jakiś sposób uczestniczysz w ich wychowaniu. Sama nie wiem. Teraz to raczej sobie nie porozmawiamy. Bo przecież masz już z kim rozmawiać.  Zresztą rozmowa z Tobą to koszmar. Wiesz, tylko tu, na blogu mogę mówić co myślę. Nie musisz słuchać, lepiej żebyś tego nie słyszał. Ale tylko tu nie możesz rzucić słuchawką, rozłączyć się , pokazać kto tu rządzi - mówiąc : koniec rozmowy, lub nie chce mi się z Tobą gadać.

 Bo tak naprawdę to choć tęsknię, rzecz jasa do Ciebie sprzed lat, to mi nie chce się gadać z Tobą. Dotarło do mnie jaki jesteś - zwłaszcza ostatnimi czasy - słowny, odpowiedzialny, rzetelny, zaangażowany w dobro rodziny, dojrzały...

I znów to robię, ale czemu nie miałabym sobie ulżyć?;))

A co mi tam.



Podziel się:

komentarze (0) | dodaj komentarz

Uwolnić się

... znaczy przebaczyć. Jeszcze nie potrafię.

Podziel się:

komentarze (0) | dodaj komentarz

Witajcie po urlopie

Oj, chciało mi sie już do pracy. Urlop udany. Wspaniale się bawiłam. Mam wrażenie, że moje malkontentne ostatnio dzieci też miały niezły ubaw. Przede wszystkim pogoda nam dopisała. Słoneczny tydzień na wodzie. Wszyscy wróciliśmy nieźle popieszczeni przez słońce. Już dawno skórka mi tak nie schodziła:) Słońce, woda, wiatr w żaglach - dla mnie to niezapomniane chwile totalnego relaksu. Wspaniałe widoki. Mazury są przepiękne, wciąż dziewicze. I o dziwo ludzie przyjaźnie usposobieni. Fkat, że cumowaliśmy na dziko - wtedy nigdy nie wiadomo na kogo się trafi. Ale mieliśmy szczęście, aż dwa razy nocleg w towarzystwie harcerzy wodnych. Niezły czad, do snu szanty przy ognisku. Dwie gitary, chłopięce aczkolwiek mocne już głosy. No i rzecz jasna muzyka, której nie słucha się na codzień. Fantastyczny klimat.

Swoją drogą nie sądziłam , że dzieciaki tak to wciągnie - pływanie w przechyłach, stawianie żagli, a nawet szorowanie jachtu. Czasem nudziły się trochę, bo przestrzeń raczej ograniczona. Ale na koniec usłyszałam: "Następnym razem jak popłyniemy, mamo..."

To może będzie następny raz, może nawet w tym samym gronie. Kto wie? Tak ciężko oderwać dziś dzieci od komputera, telewizji, gierek... A co dopiero nakłonić do własnego wkładu w dobrą zabawę.



Podziel się:

komentarze (1) | dodaj komentarz

Przeraża mnie

...życie w samotności, z poczuciem że za wszystko odpowiadam sama. Bo w pojedynkę może i jest łatwiej - to ja decydyję co zrobię , jak i kiedy. Ja też ponoszę wszelkie tych decyzji konsekwencje, niestety. Jeśli pozwalam dziecku swobodnie zażywać kąpieli w jeziorze, bez obecności dorosłych - to ja też denerwuję się czy nic mu się nie stanie, a jak odpukać stanie się, to do siebie właśnie mogę mieć tylko i wyłącznie pretensje. Ale przecież nie wolno ulegać paranoi. Bo dzieci rosną i potrzebują swobody. To naturalne, że z przyjaciółmi bywa ciekawiej niż z mamą. Takie życie. Przyznam jednak, że ciężko mi to przychodzi. Staram się rozsądnie podchodzić do ich samodzielności, z różnym skutkiem. Chciałabym powiedzieć kiedyś , że dobrze je wychowałam, bez żadnego ale.

Ale to tylko dygresja. Tak naprawdę przeraża mnie życie w pojedynkę. Bez ramienia na którym mogłabym się,  czasem przynajmniej , jeśli nie codziennie po trosze, oprzeć. Bo choć od trzech lat jestem sama, pamiętam jeszcze słodki smak ciepła drugiego, bliskiego mi człowieka. Brakuje mi bliskości. Krzątaniny JEGO (niekoniecznie mego prawie byłego już męża) ale bliżej jeszcze nieokreślonego JEGO po moim cichym , gdy dzieci zapadną juz w sen domu. I wtedy wlaśnie ten dom jest taki pusty. Wtedy giną chęci na herbatę czy drinka. Bo samotnie smakuje inaczej. I gdy zasnę na kanapie w czasie filmu, to nikt mnie nie zbudzi, bym poszła do wygodniejszego z pewnością od niej łóżka. Bo nie ma GO. Mam nadzieję, że jeszcze. Pojawi się choć być może przestanę już czekać.  Tu już chyba nadzieja przeradza się w marzenia.

I wciąż nie daje mi spokoju to natrętne przeczucie, że mój prawie były mąż zadziwi mnie jeszcze, bynajmniej nie pozytywnie. Wpadłam do bagna jakie mi zgotował jakiś już czas temu. A ono wciąga nieubłaganie. Póki co żadnej pomocnej dłoni. Owszem, mam rodzinę, przyjaciół. Tyle, że nie może pomóc ktoś , kto nie przeżył czegoś podobnego. Bo nowa kobieta mego jeszcze męża to dla nich swego rodzaju sensacja - dla mnie ból i cierpienie. I tu własnie tkwi moja samotność w walce z bagnem. Im bardziej sie szarpię, walczę z nim tym głębiej się zapadam. Więc może należałoby się poddać. Oszukać je, dać mu poczucie, że zwyciężyło i po cichutku, powoli zacząć wypływać. Tylko żeby to było proste.  On zgadza się na wszystko, chce tylko kontaktu z dziećmi. I rzeczywiście dzwoni coraz częściej. Nie wiem czy z miłości do nich czy ze złości na mnie. Bo ja znów go zawiodłam. Na wieść, wymuszoną zresztą , że od miesięcy mieszka z inną wpadłam w złość miast cieszyć się jego szczęściem. Naprawdę fatalna reakcja! Jak ja mogłam?! Bo przecież on taki szczęśliwy. A ja znów nic nie rozumiem!

Zastanawiam się czasem czy ze mną jest coś nie w porządku. Bo mentalny rozwód mi nie wystarcza. Bo nie chcę brać udziału w jakimś chorym trójkącie. O którym nota bene przez kilka miesięcy nie miałam pojęcia, bo cierpię choć przecież uczciwie powiedział mi, że nie kocha mnie od dawna. Tyle, że w moim pojęciu to gdy sie kogoś nie kocha, nie chce z nim żyć załatwia się sprawy inaczej. A tymczasem to ja biegam do sądu, prawnika. To mi zależy na sprzątnięciu syfu jaki on zostawił po sobie. Bo mam przeczucie , że nie zacznę niczego na stercie śmieci. Wiem, że każdy koniec oznacza początek. Czas więc to zakończyć, bez gmyrania w sobie nawzajem.

Nie wiem jak on to robi, ale ranić potrafi perfekcyjnie. I jeszcze to spotkanie z panią D. W jej szczerość akurat nie wierzę. O nie. Ani w to , że info o Acapulco było zupełnie przypadkowe, ani też w to, że nie wspomniała mu o naszym spotkaniu. A może źle oceniam dziewczynę. Cała ja. Do końca nie przyjmuję faktu , że zwyrolstwo nie ma granic. Naprawdę chciałabym móc uwierzyć, że nic ich nigdy nie łączyło. Ale widziałm bilingi. Tak trudno oddzielić ziarno od plew. A informacji zewsząd wiele. Bo świat nagle okazał się być taki mały.

 



Podziel się:

komentarze (1) | dodaj komentarz

Taki miałam fajny dzień

Ale wszystko zmieniło się za sprawa jednego telefonu. Właściwie to powinnam się cieszyć, bo czekałam na ten telefon pół roku. Tyle, że teraz odczuwam niepokój. Może niepotrzebnie się martwię , bo przecież przeszłam już jedną operację i choć to straszne przeżycie jestem trochę zdrowsza. A po kolejnej jest nadzieja, że będę całkiem zdrowa. Najgorsza jest niepewniość, czy wszystko pójdzie dobrze. To chyba naturalne, że człowiek staje sie bezradny w obliczu choroby. I ta moja reakcja jest pewnie zwykłą paniką. Bo ten telefon zaskoczył mnie dziś i to bardzo. Myślałam , że będzie później. Że jeszcze trochę. I znów muszę przejść sama przez moje małe piekiełko. Zastanawiam się czy dam radę.  Czy znów ne wpadnę w depresję. Nie poddam się. Na codzień jestem energiczna i raczej pewna siebie. Ale kiedy nie mogę wstać z łóżka moja pewność siebie nagle przepada. Obolała, uziemiona zaczynam rozczulać się nad sobą. A chyba nie ma nic gorszego.

O dzieci się nie martwię , zajmą sie nimi rodzice. W szpitalu odwiedzi siostra. Może będzie dobrze. Nawet nie mam z kim o tym pogadać. Bo przed rodzicami nie mogę zdradzić się , że się zwyczajnie boję. Będą się martwić. Mama to straszna panikara. I ich niepokój udzieli się mnie i dzieciom. Będzie tylko gorzej. Mój prawie były mąż - wiadomo, miał to gdzieś ostatnim razem to i teraz go to nie obejdzie. Przynajmniej nie na tyle bym odczuła wsparcie z jego strony. Zreszta co to za wsparcie - dwie minuty rozmowy przez telefon. Sztucznej, bo tak wypada.

Wyalienowałam się trochę z otoczenia. Każdy ma własne życie. Dzieci, mężów, żony. Czuję się samotna. A poza tym miejscem nie odkrywam raczej swoich uczuć. Nie mam kłopotów z nawiązywaniem z ludźmi kontaktu, chyba niezła ze mnie gaduła. Tylko to gadanie o niczym tak naprawdę. Kiedyś jednak zrozumiąlam, że im mniej ludzie wiedzą o mnie tym lepiej. I tak już zostało.Wyrzucałam z siebie ból, lęk i cierpienie. Przyjaciółki słuchały, siostra też. Tylko, że moje życie tkwi w zawieszeniu od jakiegoś czasu. A ile można o tym samym. Wiem doskonale, że ode mnie zależy czy to się zmieni. Od nikogo innego. Jednak nie ufam ludziom. Nie lubię się przed nimi obnażać. Chyba wolę gdy myślą , iż jestem zarozumiała, niżeli słaba.

Spacer, to jest myśl. Idę więc.



Podziel się:

komentarze (1) | dodaj komentarz

Trochę optymizmu

Nic tak nie łechce jak dobry komplement. I z pewnością szczery. To jest to właśnie co my kobiety lubimy. Niby słowa tylko i tak naprawdę bez znaczenia, bo już wychodząc z domu wiedziałam, że dobrze mi w tej sukience, ale...

W efekcie humorek mi dopisuje. Wiem, że próżna ze mnie istota, ale żebym takie wady tylko miała ;)

Poza tym skoro nie mogę cieszyć się głębszymi uczuciami - zadowalam się tym czym mogę. I z pewnością optymizmem nastraja fakt, iż to juz koniec tygodnia i za chwilę dosłownie zacznie się mój wekend. Znów relaksik. Dzieciaki, rodzina, goście itd.

Jak jeszcze pogoda dopisze to już w ogóle będzie super.

Wczoraj wieczorem relaksowałam się składając ogórki, nawet nie takie złe to zajęcie. Poza tym, zimą domowy kiszaczek smakuje fantastycznie;) Nie żebym to planowała, po prostu ogórki przyjechały i trzeba było coś z nimi zrobić, więc czemu nie zakisić.  A jutro? Nie wiem jeszcze. Ale muszę wyrwać się jakoś z negatywnych myśli. jakie przebijają się wciąż do mojej świadomości. Więc może wyskoczymy gdzieś zdzieciakami, albo ze znajomymi.

A może kupię wreszcie farbę i pomalujemy dzieciom pokoiki. To chyba jednak nie będzie relaksik;)

A ponieważ to jeszcze nic pewnego, opowiem po niedzieli co nabroiłam.



Podziel się:

komentarze (2) | dodaj komentarz

Relaks na włku

Jednak wybrałam malowanie. I mamy jeden zero. Jeden to pokój mego synka, zero - niestety córki. Ale za tydzień będzie dwa do zera. I koniec reontów na najbliższe dwa miesiące. Wszystkomnie jednak teraz boli. Ale warto było , bo jest pięknie. Nawet synkowi się podoba;)

A teraz suniemy na saunę, tak zwaną Banię. Będzie dobra zabawa. :)



Podziel się:

komentarze (0) | dodaj komentarz

Może potem

Myślałam, że skrobnę jakąś notkę na dzieńdobry. Ale chyba wena mnie opuściła. A może za często dzwoni telefon i trudno zebrać myśli. Więc może póżniej. Bo tyle działo się w ten wekend;)

Podziel się:

komentarze (4) | dodaj komentarz

Chce mi się krzyczeć!

Skaczę po różnych stronkach, zaglądam do blogów, czasem zostawiam ślad. Ale dziś do pisania skłoniła mnie refleksja po tym co czytałam. Tak wiele kobiet odczuwa samotność. I tych , które wylewają w wirtualny eter swoje odczucia: tęsknoty, złość, nadzieję. I tych z którymi rozmawiam na codzień, czy też od czasu do czasu. Tych, które są same w czterech ścianach i tych, które są samotne wśród bliskich, znajomych, w tłumie.

Więc chce mi się krzyczeć: "Dlaczego?" dlaczego jesteśmy tak bardzo samotne? Próbuję przypomnieć sobie kiedy pojaAwiła się moja samotność. bo było to z pewnością dużo przed wyjazdem mego prawie byłego.  Czy samotność to fizyczny brak obecności drugiej osoby, czy może bardziej brak zrozumienia, brak chęci, obojętność... A przecież tak niewiele trzeba by być dla drugiego człowiekiem. Teoretycznie.

Zawsze towarzyszył mi umiarkowany optymizm w życiu z tendencją do realizmu;) Ale ostatnio chyba skłaniam się ku pesymizmowi.  Uświadamiam sobie wiele rzeczy, faktów na które przymykałam oko, szukałam racjonalnego wyjaśnienia. Dajmy na to zachowanie mojej przyjaciółki, wiele wspólnych wieczorków  na smutno , na wesoło, zdawało się zrozumienia. Bo kiedy przeżywa się podobne sytacje to rozumie się odczucia drugiej osoby. Ale ostatnio mam wrażenie, że przestałyśmy sie rozumieć. Znalazła faceta, nie jest już samotna, nie ma czasu, albo chęci (wolałabym by chodziło o czas) ale.. gdy chce coś ode mnie momentalnie znajduje drogę. I to jest smutne. Niemniej jednak czas nazwać rzecz po imieniu. Otóż uświadomiłam sobie, że nie pasuję do jej nowego obrazka. No cóż. Life. Obrazek musi być bez skazy...

Może to nie była wartościowa znajomość. Mówią , że lepszy jeden przyjaciel-szczery , od serca niż tuzin byle jakich. Teraz , kiedy jest mi trudno, gdy ja bywam czasem nie do zniesienia, wrzucam ich na sito, właściwie to życie wrzuca . I trzeba przyznać sporo przeleciało już przez nie. Może sito jest zbyt rzadkie, a może przyjaciele zbyt mali...?



Podziel się:

komentarze (2) | dodaj komentarz

Nastał spokój

Po kilkudniowym zamieszniu w moim domu, nastał spokój. Ale wcale nie myślę sobie - nareszcie. Bo było bardzo sympatycznie, choć głośno rozbrykanie, bestialsko nawet czasem to bardzo wesoło. Moich dwoje dzieci, siostra i jej bobo, siostry koleżanka i jej bobo czyli pies (bardzo łagodny, świetnie wytresowany żarłok, właściwie to ona), gdzieś tam po pracy pojawiałam się też ja. Najczęściej zmęczona na tyle by nie przejmować się bajzlem, gromadą butów w korytarzu, ręczników na tarasie bo ci którzy mają urlop korzystali z kąpieli w jeziorze na maksa ku zazdrości tych, którzy pracują;-). Właśnie uświadomiłam sobie , że bobo siostry i koleżanki jest w podobnym wieku czyli ok. 3,5 roku. Ale zachowanie mają zupełnie odmienne, jako że mój siostrzeniec nie posiada jeszcze hamulców i dokazuje do woli. próbujemy go trochę okiełznać , ale z jedynakiem nie tak łatwo sobie poradzić. Cóż, mają co chcieli (rodzice rzecz jasna - bo mnie to rybka).  Ale przynajmniej radosne to to, uśmiech mu z buziulki nie schodzi- i tak ma być. W takiej gromadzie, choć absolutnie nie ma mowy o odpoczynku - jest jednak raźniej.  Bo nie wspomniałam jeszcze o młodzieży napływającej w celu okupowania kompa podczas mej  nieobecności, w czasie także zresztą. Na szczęście podwórko mamy duże, a deszcz raczył nas omijać w ciągu ostatnich dni;) więc można od czasu do czasu połowę dzieciarni eksmitować tchoćby do piaskownicy.

I ciąży mi  świadomość , może trochę na zapas - że takich radosnych wakacji coraz mniej przede mną. Bo dzieciaki rosną w zabójczym tempie. Jeszcze dwa , trzy lata i nie uświadczę ich towarzystwa w wakacje. Będą miały własne. Najbardziej boję się , że zostanę zupełnie sama na tym moim tarasie i nie będę mniała z kim delektowac się żab kumkaniem i ptaków śpiewem. Ale mam nadzieję, że to najczarniejsza z wizji i się nie spełni. Prawda, że nie?

Ostatecznie usiądę na tarasie z kompem i będe pisać , pisać,  pisać i jeszcze raz pisać. I rzecz jasna czytać .

Pozdrawiam wszystkich mi jeszcze życzliwych.



Podziel się:

komentarze (2) | dodaj komentarz

Ech...

...ta noc, to duże łóżko - w połowie puste. Tylko komarów bzykanie... Smutno mi.

Zamknij oczy i śpij. Budzik i tak zadzwoni o szóstej. Dobranoc. Komarom też;)



Podziel się:

komentarze (3) | dodaj komentarz

Problem?

Od jakiegoś czasu mnożą się i rosną moje problemy. Rzekłabym jak grzyby po deszczu, a może i szybciej. Bo grzyby to wiadomo przecież, nie przez cały rok. A problemy umiaru nie mają. Jak zaczęło się na początku roku jakieś trzy lata temu - tak trwa od stycznia do grudnia, i w kółko. A przecież żadnego lustra nie stłukłam;). Czasem mam chwilę odpoczynku ale nawet nie śmiem się tym cieszyć , bo już wiem , że niebawem nastąpi kumulacja. Muszę jednak stwierdzić , że chyba już do nich trochę przywykłam , bo niektórych nawet nie "rejestruję" po prostu zaliczam , jak egzamin na studiach, tyle że tu staram się szybko zapomnieć. Nauczyłam się ostrożności w mówieniu, po tym jak któregoś dnia stwierdziłam w rozmowie z nie ważne już kim, iż w moim domu to mnie nic już nie zaskoczy. I masz powiało silniej i ściana runęła robiąc mi "okno" na poddaszu od stropu po dach. Tak więc wiem , że nie ma nic pewnego na świecie. Jeszcze nie raz zadziwi mnie los, czy to aura będzie, czy bliscy mi ludzie, czy też obcy. Przesądna nie jestem, ale czasem zastanawiam się czy to urok jakiś , czy może klątwa, o której darczyńca nie raczył mnie poinformować, czy dajmy na to zbieg nieszczęśliwych wypadków, bo przemilczałam wszystkie skaleczenia, złamania i popbyty w szpitalu moich dzieci - właściwie synka. A jeszcze na domiar złego dało mi licho załatwić tę nogę tak , że bujam się po szpitalach już dwa lata i wciąż jestem chora. Pocieszam sie myśląc, że jest tego tyle, albo wydaje mi się że jest, bo nie mam z kim dzielić. Bo na dwoje byłoby po połowie. Gdy dzielisz się radością jest ona dwa razy większa, gdy smutkiem staje się dwa razy mniejszy.

A póki co cały mój;)

Nie żebym marudziła, należę raczej do kobiet dla których problem to nowe wyzwanie. A to mobilizuje do działania, kreatywności. Choć przyznam bywa uciążliwe, nie pozwala spocząć na laurach. I dobrze. Tylko czasem mam dość tych wyzwań. Czasem chciałabym by wyzwano kogoś innego, czy też by ktoś to wyzwanie przejął. Ot tak.

Tylko kto się tego podejmie??



Podziel się:

komentarze (9) | dodaj komentarz

Po piwie

...mysli szaleją w mej głowie niebezpiecznie. I od jakiegos czasu na smutno - niestety. Wtedy wracają wspomienia dobrych dni. I pojawia sie żal. I to nie wina czy zasługa piwa, czasem myślę, że to ja już mam taki mętlik w głowie , wariuję. Zupełnie jak teraz. Czy to dlatego że nie wiem dlaczego to wszystko stało się ?

Mieliśmy po szesnaście lat kiedy mnie  zauroczyło to piwne (nic wspólnego z piwem) oczu spojrzenie, a jego podobno moje aż do nieba nogi. Jeszcze przed dwudziestką pojawił się na świecie nasz synek. Perełka. Zdolne to to i takie od zawsze urocze, dziś moja ( bo nie wiem jak to się ma do prawie byłego) wielka radość i podpora. I różnie bywało jak sie można domyślić. Ze szkoły do pieluch i takie tam. Ale wtedy było wspaniale. Tyle miłości nie dostałam i nie dałam nigdy.   Nic nie mogło nas złamać. Bo byliśmy MY, można rzec władcy naszego małego świata. Póżniej przyszła na świat córcia. Słodki aniołeczek - przynajmniej jako dziecię , teraz nieźle daje mi w kość. No cóż dojrzewanie. Też to przerabiałam i wciąż uczę się podejścia do niej. Ale czego można oczekiwać od dziecka z tak złamanym serduszkiem, Przecież tatuś był największą miłością jej życia. Ja wychowywałam dzieci, on pracował. Tak się jakoś złożyło. Może to moja wina bo mu nie pomogłam, bo nie chciałam by dzieci chodziły z kluczem na szyi, bo dobrze mi było z nimi. Nie wiem. Dziesięć lat rzekłabym sielanki - przynajmniej w moim odczuciu. A co czuł on do tej pory nie wiem.

Byłam ślepa? Nie widziałam, że się dusi, że ciągnie to resztką sił? Od kiedy? Tyle pytań. Żadnej odpowiedzi.

 A potem pojawiła sie ona, koleżanka z pracy. Real. Uczesana,, markowe ciuszki, nie muszę mówić że młodsza, zawsze na luzie. Bo niby skad stres gdy się jest przed trzydziestką , na garnuszku u mamy. A ja nadal nic nie widziałam. Gdy zaczynałam marudzić - słyszałam - zaufaj mi. Uf, uf. Teraz wiem. I nie istotne czy przespał się z nia czy nie. Bo po co mi ta wiedza? A może byłoby łatwiej znienawidzieć.

Znalazłam pracę, miało być lepiej, łatwiej. Ale nie było - uciekł. Niby nie aż tak daleko, ale jest poza zasięgiem, no i po co sięgać skoro przecież wszystko wiem - już nie kocha, nie chce dwa razy wchodzić do tej samej rzeki. Porwał go inny nurt, przynajmniej ostatnio.

 Próbuję spojrzeć na całą tę historię z dystansu, oczami obcego człowieka. I wtedy myślę , że nierówno musi mieć pod sufitem kobita, która wciąż kocha, czeka i ma nadzieję - czyli ja. Bo czekałam, do czasu  świadomości o jego nowym życiu, uczuciu, młodszym ciele na mojej połowie łóżka.

Czuję się jak zbity pies. I wciąż kopany od nowa. Już nie chcę. Robię uniki. Teraz to ja uciekam. Ale z kulawą nogą to trudne;) 

 Nie potrafię ułożyć sobie życia, nikomu zaufać. To pewnie znak, że nie spotkałam jeszcze tej właściwej osoby. A może dla mnie za wcześnie... Znów nie wiem.

Moja siostra powiedziała ostatnio coś co mnie zaskoczyło, tym bardziej , że nie mówiła tego do mnie. Otóż stwierdziła, że mój prawie były mąż przez tych naście lat był jednym aktorem w teatrze naszego życia. Ja tego nie dostrzegałam, nigdy nie miałam potrzeby dominacji. Byłam niewidocznym dla szerszej publiczności suflerem, tłem dla gwiazdy.

Teraz gwiazda świeci już na innym niebie. A tło blaknie, przynajmniej w głębi serca.

 Nie powiem , za sprawą odejścia gwiazdy tło zmieniło się i to bardzo. Okazało się , że kura domowa może odnosic sukcesy w pracy, może być lubiana, wiele się nauczyła, może mieć dobre pomysly, wyremontowała dom, co dla gwiazdy było zbyt wielkim wyzwaniem, podobnie zresztą jak ukończenie studiów. Choć starała się (gwiazda). Że choć gwiazda oglądała się za każda laską na ulicy, wygląda całkiem nieżle - o czym świadczą powłuczyste spojrzenia kolegów w pracy. Że gdy gwiazda boryka się z wielkim światem tło płaci rachunki, leczy i karmi dzieci, negocjuje z komornikiem , który przychodzi do gwiazdy, a gwiazdy nie ma.

To szare niepozorne tło. kto by pomyślał.

 Więc czemu tło cierpi skoro gwiazda - co tło zaczyna juz nawet rozumieć - nie była tego warta. Czemu wciąż myśli, że nie było dla gwiazdy zbyt dobre? Czemu nie potrafi nabrać barw, jarzyć się kolorami tęczy, bo przecież już po deszczu, Już nawet łez nie ma - tylko smutek. Po piwie.

Wniosek - to wszystko przez piwo.

Ale przyjemnie było je wypić w towarzystwie miłej sąsiadki i jej sceptycznie, acz nie wrogo nastawionego do tła męża.

Dziś tło wcale nie jest silne, dziś chciałoby być przytulone. Chciałoby się poczuć gwiazdą.



Podziel się:

komentarze (4) | dodaj komentarz

Wioskowy fetyn letni

Czyli druga doroczna impreza w mojej wiosce. Plenerowo, na ludowo, kolorowo, skocznie... tak przynajmniej zanim się nie ściemniło. A później zabawa na tak zwanych kafelkach, czy jak kto woli deptaku. Cała wieś obecna i okoliczne także, a przynajmniej kwiat młodzieży w wieku od kilku do kilkudziesięciu lat. Trudno o średnią bo towarzystwo bardzo zróżnicowane. Rodzice niejednokrotnie z pociechami i ich dziadkami. Właściwie w wiosce gdzie dzieje się niewiele - to rzeczywiście nie lada atrakcja. Występy zespołów ludowych wciąż zjednują sobie publiczność. Wolę nie myśleć , że przyszli tam pogadać z sąsiadami choć pewnie tak było, czy też z uwagi na ogródki piwne, ha ha - no skądże;) Niemniej było sympatycznie. Pogoda dopisała stu procentowo, żar wylewał się z nieba, tańce z przytupem piękne. We mnie aż zazdrość wzbierała bo teraz to i bez tańca nie przytupnę. Choć nie powiem popląsałam wieczorem odrobinę. Z duszą na ramieniu - bo noga. Ale już za tydzień pokroją więc trzeba korzystać póki co. Córcia pojechała do dziadków na żniwa, więc w domu spokój. No i pilnownie sobie odpuściłam, choć w tym tłumie to doprawdy trudno kogokolwiek upilnować;) Znajomi niedopisali, jako że pogoda była ładna - to koszenie zboża. Synka próbowałam znaleźć ale ukrył się dobrze , znaczy bawił się pewnie z jakąś laską - wersja dla mamy - z kolegami;-).

W efekcie już o22.30 leżałam na mojej ulubionej kanapie w towarzystwie telewizora - o zgrozo!! Gapiłam się na jakiś smutny film o miłości i umieraniu - nie z miłości jednak. Bo jak wiadomo pomijając przypadki targnięcia na własne życie - miłość nie jest chorobą śmiertelną.

Zasnąć nawet miałam ochotę, nie mogłam jednak zanim latorośl nie wróci do domu. A latorośl rzecz jasna balowała do końca - czyli do pierwszej w nocy. Niech się chłopię wyszaleje, młode jest i ma wakacje. Rzecz jasna wyrozumiałą jeśli nie lekkomyślną matkę też. Ale szczęśliwie czasy imprez ze sztachetą w dłoni dawno mamy już za sobą, dziś kulturka, ochrona itp. Zatem jak sam bójki nie zacznie, to limony pod okiem nikt mu nie zrobi;) Na szczęście latorośl do spokojnych należy. Nie zażywa wspomagaczy dobrego humoru. Sprawdzam, a przecie że tak! Buźka na dobranoc, przytulanko (jeszcze)  - pogadanko przed snem - choć chwilę;) Na kąpiel już go jednak nie zdołałam namówić - bo usnął. Więc ogłosiłam dzień dziecka;)

Sama jednak rozbudzona radością na widok powracającej szczęśliwie latorośli, usnąć nie mogłam przez kolejną godzinę. Zatem do drugiej, dziś już przecie, pochłonęła mnie lektura jednej z dyżurujących przy mym łożu książki, przerywana bezwzględnym polowaniem na muchy i komary. Bo z nich między innymi nasza polska wieś słynie. Choć zaznaczam nie tylko.

O walorach tejże (wsi) może innym razem, a uwierzcie jest o czym. Bo piękna , może dlatego , że trochę przez ludzi zapomniana, ale trochę tylko;)

Zatem, ponieważ już czas powrócić do czysto zawodowych powinności oddalę się (czytaj wyloguję) miłego dnia wszystkim buszującym pracusiom i urlopowiczom życząc.;-) Mamy niech się pominięte nie czują wszak niańczenie dzieci (swoich zwłaszcza) to połączenie urlopu z ciężką pracą.



Podziel się:

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zegar tyka...

Coraz bardziej panikuję na myśl o tym szpitalu. Zwyczajnie boję się , że coś pójdzie nie tak. A teraz, jak nie szarżuję jest całkiem dobrze - mogę chodzić. Gdyby nie kalectwo w perspektywie zostawiłabym to tak jak jest. Do bólu już się przyzwyczaiłam. Wciąż powtarzam w myślach - jak mantrę jakąś - że będzie dobrze. Ale czy będzie? Czas pokaże.

Rzeczywiście przydałoby mi się wsparcie kogoś bliskiego. A tu wszyscy tak bardzo zajeci swoimi sprawami. Nikt nie ma czasu, zresztą ja nie mówię im tego co tu teraz piszę. Robię dobra minę. Przecież taka jestem na codzień opanowana, spokojna. Tak dobrze trzymam emocje na wodzy, że to wręcz niemożliwe bym mogła panikować. Niech tak więc zostanie. Trochę popanikuję na blogu i może mi przejdzie.

A może nie.



Podziel się:

komentarze (5) | dodaj komentarz

A'propos panikowania

Jeszcze na wczasach, spacerowałam z bobo mojej siostry brzegiem jeziora, aż tu w dołku widzimy małą żabką. Mówię więc: kochanie zobacz jaka ładna żabka. Co robi żabka? A maluch mi na to z poważną minką : PANIKUJE!!!

Podziel się:

komentarze (2) | dodaj komentarz

.....................

Nareszcie chwila spokoju. Bo przez cały dzień miałam tu niezłe zamieszanie. Jak to żartobliwie określam "młynek". A zapowiadało się tak leniwie. Poranna kawka, przegląd poczty, trochę pośmigałam po internecie. A później przyszedł mój ulubiony listonosz. I zaczęło się. Ale nie marudzę , prawdę powiedziawszy bardzo będzie mi tego brakowało przez najbliższe dni, a pewnie nawet tygodnie. Jak już się wyśpię, wynudzę, przeczytam wszystkie książki - zacznę tęsknić. Mam nadzieję, że szybko będę na chodzie i chociaż w odwiedziny wpadnę czasem. Zalatuje pracoholizmem;) ?? No pewnie. Każdemu życzę pracy, którą lubi. I do której chce mu się rano wstawać. Mi jeszcze jak widać tak. I oby tak zostało.

A teraz pędem do domciu. Obiadek dzieckom trza ugotować. Pogadać jeszcze trochę. Zająć im czas przez najbliższe dwa tygodnie, bo jak mniemam na tyle wyląduję poza domem. A one już się denerwyją. Przytulają. To nawet miłe;) Tylko widzę jak im smutno. W dodatku jaśnie pan po moich ostatnich pełnych niezrozumienia komentarzach nie odzywa się. Ba nawet telefonu nie odbiera. Olał nas. No cóż. Trzeba będzie dać sobie jakoś radę. Ale to smutne. Bo jak nie ma kasy, to mógłby grzecznie poprosić o zrozumienie. Ale on milczy. A może coś mu się stało? Jakbym nie dość miała zmartwień, jeszcze to na dokładkę. Bo przecież różnie bywa. A nawet jak drań, to wciąż ojciec mych dzieci. Więc się martwię.

No tak. Pędzę , bo taryfa ucieknie.



Podziel się:

komentarze (22) | dodaj komentarz

Jestem, to jak powrot z zaswiatow...

Siedze i nie wiem co mam napisac. W szpitalu bardzo mi was brakowalo (czyzbym zaczela sie uzalezniac). Tak czy siak, mysle ze za duzo zlych chwil tam przezylam. Chce zapomniec. Co jest dosc trudne bo noga mi za przeproszeniem napierdala, sorry ale to slowo oddaje poziom bolu. I jeszcze jakies trzy miechy leczenia przede mna. Wiec potrzebuje duzo pozytywnej energii ;-).

 

I nie wiem dlaczego w tzm laptopie pod z jest y i na odwrot, i nie ma polskich literek. Cos sie pochrzanilo. A moze ktos wie o co tu chodzi, to znaczy jak mam to naprawic. Niestetz ynak yapztania tez wcielo. Kur...........mac co ya yzcie jzy nie moge mzslec , ye y i z sa odwrotnie. Ale wz wiecie jak cyztac , no nie, ynak yapztania. Doooobrej nocki



Podziel się:

komentarze (6) | dodaj komentarz

34 dni hibernacji !!!

O tym chcialam Wam napisać, ale wcięlo. Zdarza się . Prawda - nawet nerwy tu nie pomogą. Bo przecież sama pewnie cos nie tak wcisnęam (tyklo co ??????????) to wcięlo. Jak widać mam tylko polskie l to z kreseczką tez wcięlo. Szlak by to. Paznokcie tak mi w tym szpitalu urosly, że pisać ciężko. Ale zawsze marzylam by mieć dluższe, bez żelu, czy akrylu:) no i mam. I chcę mieć. To jak znów o coś zaczepię, zakladając, że wczesniej z tego powodu wcięlo to znów wetnie. Dość ! Gadam jak opętana.

 

A prawda jest taka, że jestem zrypana , bo po miesiącu leżenia w lóżku ( z przerwą na siusiu) musialam spędzić trzy godziny na laweczce w przychodni, kilka razy wgramolić się do samochodu, co latwe nie jest, o nie! Mój synek , z wrodzonym wyczuciem czasu i sytuacji zalatwil sobie rączkę - prawą - więc trzeba bylo dziś zadbać o gips, prześwietlenie , takie tam. Na szczęście pomógl mi teść. Znaczy robil za szofera, dziadka - nim jest, i nie tylko. Dzięki temu  już jestem w domu, a wlaściwie w ogóle z niego wypelzlam. Bo chodzę teraz o kulach. Niezbyt jeszcze sobie radzę. Takie kulowe raczkowanie. A najgorsze jest to , że noga mi się w kolanie nie zgina, znaczy nie mieszczę się do samochodu jak normalni ludzie , tylko jeżdzę na kanapie w poprzek (kanapa=siedzenie z tylu).

 

ŻYCIE JEST TAKIE PIĘKNE!!!!!!!   NIEPRAWDAŻ????????????

To nie sarkazm. Jest piękne. Ma mnóstwo świetnych stron. Wiele barw. Tak ponarzekać chcialam. Dlatego o tych gorszych bylo. Zresztą, o ile sobie przypominam zaczelam pisać , żeby wyrzucić z siebie zlość , o której nie moglam z nikim , ani do nikogo..... I wyrzucam z nadzieją , ze kiedyś zobaczę dno - eureka - nie ma ich!!! Spokojnie - to jeszcze nie teraz. Powoli. jak jest dobrze to zawsze jaśnie pan doloży trzy grosze.... Ba, ale to nic nowego.

 



Podziel się:

komentarze (5) | dodaj komentarz

Spać nie mogę...

Wlaściwie chyba boje się iśc do lózka. I wcale nie dlatego że leży w nim superprzystojny KEN, a ja kulawiec mogabym mu nie podolać, heh... Padam na ryjek, znaczy klawiaturkę, bo jest mniejwięcej pod moim noskiem. Kanapa, na kanapie ja - rzecz jasna w calej rozciąglości - moje nózki i ta zdrowa i ta chora, na nich kocyk, na kocyku podusia, na podusi laptopek. Ależ on grzeje. Strasznie mi cieplo w kolanka. a po operacji to chyba chlodzic trzeba;) nawet na pewno. Muszę jakiś nowy patencik opracować na pisanko. Ale do rzeczy bo zboczylam troszkę. Jak juz się w tym lóżku znajdę odchodzi cala ochota na spanie. Nie nie czytanie też już nie pomaga, mam niezla wprawę. W szpitalu przeczytalam naście ksiażek, z nudów rzecz jasna i z nadzieją że zasnę i dzień szybciej zleci. Jak już nie mialam co czytać to pożyczalam Harlequiny od takiej jednej fajnej babci z vigorem;-). Zatem mam problem z zaśnięciem, a prochów lykam juz i tak dość wszelkiego rodzaju. Wiem wiem znów marudzę. Tak to juz ze mną jest.

Nie moglam doczekac sie pierwszej nocy poza szpitalnym lóżkiem, w moim wlasnym.... bajka. Zasnelam ok. pierwszej, zbudzilam po trzeciej. koszmar. Do rana mnóstwo rzutów okiem w okno i na komórke czy juz swita. I zrobilo się jaśniej, pewnie ok. szóstej. Musialam zasnąć nareszcie. Tak, tak budzik zadzwonil o siódmej. No i zryw. Jak to sie dzieje, że jeszcze kontaktuję????

Może ktos mi to wyjaśni, bo ja sama nie rozumiem. No tak, często mi sie to zdarza.

 

Caly czas mam poczucie, że potrzebuję oczyścić się z tych szpitalnych przeżyć. Wyrzucić je z siebie i zapomnieć. Ale to by oznaczalo pisanie o niemilym, a dziś już dość.

I wszyscy patrzą na mnie jak na bidulkę, okropieństwo!! Schudlam, a wcześniej też bylam nietęga. Zmizernialam sama widzę . Widzę tez litość w oczach ludzi, a może to wspólczucie - wolalabym.

Czy jestem przewrażliwiona?? Może wszyscy chorzy tak reagują.



Podziel się:

komentarze (4) | dodaj komentarz

Jednak notka szpitalna

Jakoś tak zaraz po operacji dzwoni komóreczka, powiedzmy znajomy:

- hej mala, żyjesz, jak się masz?

- ok, żyję, jakoś

- boli??

- jak cholera

- kurcze ale dają ci coś na ból...

- jasne, tyle leków , że nieźle jestem naćpana,

- to super

- jak to super??!!

- bo za darmo!! :-)

 



Podziel się:

komentarze (1) | dodaj komentarz

Znak czasu

Urodzilam dwoje dzieci, bylam mlodziutka, szczupla, buźka jak u dieciaka. Już pierwsza ciaza z przygodami, ale na szczęście na chodzie, żagrożona a przenosilam 10 dni. Takie mam teraz chlopisko co to z góry już na matkę patrzy. Z córcią bylo gorzej. Cztery miesiące leżenia, jak minąl ośmy odważylam sie wyjść na spacer, a tak tylko do lazienki. Też przenosilam, trzeba ją bylo wykurzyć z cieplego balonika. Od dawna koniecznośc lezenia dopada mnie jak widać. Synek mial niecale dwa lata gdy bawil się samochodzikami na moim brzuchu - świetnie zjeżdżaly;) Ale nie o tym. Wówczas nie mialo dla mnie chyba większego znaczenia jak moje cialo zmienia się, traci jędrność, mlodość. Może nie bez buntu ale pogodzilam się z rozstępami ( bo przy drugiej ciąży nie bylo mowy o masażach) na brzuchu i po nawale mlecznym na piersiach. A wszystko dlatego, że bylam nieskończenie szczęśliwa, bo dzieci wspaniale, zdrowiutkie, spokojne, uśmiechnięte. A ja kochana - jak mi się wydawalo jak nikt na świecie. A on kochal każdy kawalek mnie, mego ciala z tymi drobnymi zmianami jakie niesie macierzyństwo. bo przecież urodzilam jego dzieci.

Teraz czternaście lat później, gdy wcale nie czuję się taka kochana, nie lubie patrzeć w lustro. Bezlitośnie oddaje znak czasu.



Podziel się:

komentarze (5) | dodaj komentarz

Ja złośnica - egoistka

Wiem , wiem że bardzo skupiam się na sobie, co myślę , czuję, itd. Ale jakoś tak samo wychodzi. Wszystko mnie dziś drażni, złoszczę się o byle co. Warcze na dzieci, a to do mnie przecież niepodobne!!! Czuję się jak dzban co to mu się ucho właśnie urywa. Ech, a przecie tak ładnie za oknem... słonecznie i widok znajomy, piękny jak zawsze, może mu tylko przez ten miesiąc barwy spurpurowiały , żżółkły... Jesień w końcu już legalną mamy.

Więc czemu się tak denerwuję?? Może po kolei... Albo nie - przeciez wiem dobrze. Nie ma co znów tego wałkować. Nastroju pewnie i tak mi to nie poprawi. Zwariuję przez to siedzenie bezczynnie!!!

A dzieciaki zdezorientowane, szczęśliwe że wróciłam, a jednocześnie widze jak się męczą opiekując się mną na okrągło. Chyba jak mnie nie było miały więcej swobody. Zero obowiązków, poza szkolnym ;) Totalny luz blus z babcią, a teraz szok. Robić coś trzeba. I to nawet dużo. Oj, nie przywykłe one do pracy. Zawsze sama dbałam o wszystko, owszem pomagały ale z doskoku . Role się odwróciły. Choć nadal to ja jestem mamą. Tylko że tak nieporadnie wszystko mi wychodzi o ile wychodzi;) Mam nadzieję, że w dłuższej perspektywie będą tego pozytywne efekty. Może i one czegoś nauczą się przez tę sytuację. A może czym prędzej czmychną do taty, kto wie. No nie teraz, za małe są i wymagają tzw. nakładów finansowych - co zdaje się tacie nie pasuje;)

A właśnie, jaśnie pan przyjeżdża lada dzień. Szkoda gadać. Scenariusz znam już z poprzednich pobytów. Nie wiem tylko  czy zgodzę się na jego u mnie mieszkanie. To może będzie odrobnę inaczej. Poza efektem końcowym. Wyjedzie, a to ja wszystko i wszystkich będę musiała pozbierać do kupy. Bo dzieciaki, zresztą ja także - my wszyscy rozsrtojeni jesteśmy po tych jego przyjazdach. On pewnie też. Heh, no tak.

No i wyszło szydło z worka. Choć wiele bawełny trzeba było!!! ;)

Cała ja. Marudna nudziara.

To może dla odmiany buziaczki prześlę słodkie wszystkim , którzy mają dziś dooobry humorek;-).



Podziel się:

komentarze (4) | dodaj komentarz

I już wiem !!!

Kochani , nic tak nie goi zszarganych nerwów jak film przyrodniczy! Dziś byl o żólwiach. Od razu czowiek zwalnia. Rzecz dzieje się w zielonej scenerii - a zieleń przecie uspokaja jak powszechnie wiadomo. Może akcja niezbyt wartka ;-).

 

 Nie bez znaczenia rzecz jasna jest tez fakt, że zrobiam pierwszy od powrotu obiadek. I smakowal. A jakie potem brzuszki byly okrąglutkie, pewnie jeszcze są! Taka zwyczajna rzecz , a cieszy. Hi hi. Ale ja nieskomplikowana jestem ;-).

 

Zatem milego wieczoru życzę wam kochani, bay bay.



Podziel się:

komentarze (6) | dodaj komentarz

Medycyna o stanie ducha

Zniepokojona stanem mego ducha postanowilam poszukać u mądrzejszych ode mnie odpowiedzi na pytanie dlaczego czuję się tak podle, skoro życie jest piękne. Nawet jeśli ciężko nas doświadcza. I znalazlam ten krótki opis (bo o depresji ksiażki piszą). Nie wszystko jednak odnoszę do siebie. W tym opisie jednak jest coś mi znajomego.

 

Z psychoanalitycznej perspektywy, w depresji chory doznaje uczuć podobnych do małego dziecka, które czuje się bezbronne, osamotnione, zagubione i nie jest w stanie wyrazić swej złości wobec osoby, która je zaniedbała. W konsekwencji atakuje sam siebie, najróżniejszymi oskarżeniami, ma do siebie pretensje o bezradność wobec własnych uczuć, pogrąża się w nieustannym poczuciu winy. Jest to stan, który utrzymuje się długotrwale.

http://free.polbox.pl/d/depresja/w2dep.htm - źródlo.

Pewnie warto byloby pogadać o tym z kimś... Lekarzy mam już jednak dosyć.

Padlo na was moi kochani. Trochę mnie już znacie. Fakt... może to za malo. Ale spróbować warto.



Podziel się:

komentarze (5) | dodaj komentarz

Ciasny ale wlasny....

Mnie to nie dotyczy , bo mam dom. Może wlaśnie dlatego nie myslalam wcześniej o decyzjach ludzi, którzy go nie mają. Mówiąc dom mam na mysli dach nad gową. Wczoraj odwiedzila mnie koleżanka. Opowiedziala jak to borykają się z decyzją o kupnie "kawalka swiata" dla siebie. Masakra!! Ile to kosztuje. Powiem szczerze, podziwiam ludzi za odwagę w podejmowaniu decyzji o kredycie na następnych 30 lat.  W dzisiejszych czasach!!!

Tak wiem, niektórzy nie maja wyboru. Nie chca wynajmować, bo zamiast za wynajm mogą palcic za swoje. Tylko te nasze zarobki nawet jeśli wydają nam się dobre okazują się mizerne wobec takich obciążeń. A po splacie raty niewiele zostaje. Nic tylko zaciskanie pasa i życie od pierwszego do pierwszego. A gdzie przyjemności??

Zresztą posiadanie domu tez ma zalety i wady. Oczywiście to mile miec kawalek dachu nad glowa i to w dodatku niekiepskiego. Tyle, że strasznie wiąże on mnie do miejsca. Wiem, że nigdy nie mogabym go sprzedać bo to dom rodzinny. Wspomnienia, sentymenty... A z pracą u nas kiepściuńko, dobrze póki jest. A jak nie to co?? Przenieść by sie trzeba. I zaczynaja się schody. Bo domu na plecy nie wezmę jak ślimak. A na kolejny nie stać mnie. Chyba , ze w totka wygram ;)

Za bardzo wczuwam się w innych odczucia. Wczoraj czulam sie tak jakbym to ja miala podpisać umowę kredytu, a nie moja koleżanka. Stąd pewnie od rana o tym myslę. Możecie mi wierzyć lub nie - czulam strach. Osobiście nienawidze kredytów!!!

 

Ale co ja mogę, ponarzekac i tyle. Świata nie zmienię. Moge zmienić siebie:). Byle na lepsze.

Cieplo Was pozdrawiam moi drodzy. A teraz chyba wypelznę na tarasik, popodziwiać tę nasza jesień ;)



Podziel się:

komentarze (4) | dodaj komentarz

Krok po kroczku - podejście drugie...

mam ochotę zbluzgać tę maszynkę zośliwą co zjada mi prawie skończony wpis. No i za co to??!!

Teraz to w skrócie będzie bo drugi raz tak samo nie potrafię.

Wlaśnie wróciam ze spacerku. Nie byl imponujący, ale jak na mnie to i tak nielada wyczyn. Podziwialam w towarzystwie koleżanki i jej córci jesienny zachód sońca drepcząc chodnikiem wzdluż mego plotu. No może troszkę dalej też.

Zaczęlam rehabilitację. Tak nie ma na co czekać. Nie poddam sie latwo. przecież mam już wprawę w  doprowadzaniu mej kończyny do stanu używalności:)

Masażyk powalający. Ech... Paluszki pan ma nieziemskie. Jak on to robi. Aż żaluję, że tylko noga wymaga masowania! ;) Hihihi....

Ale jak już będę zdrowa i mobilna to pojadę sobie na taki calkiem relaksujący masażyk. To będzie nagroda za wytrwalość. Przytyć trochę jednak muszę, bo masowanie skóry na kościach raczej nie musi być przyjemne. Ani dla masowanego , ani dla masującego.

Mama ma plan podpasania mnie. Ja niestety mam jadlowstręt. To przez leki. Ale jak odstawię to sobie poużywam. Choć dziś bylam glodna, a raczej mialam ogromną ochotę na .... frytki. Usmażylam sobie. Pycha! Nie pamiętam już kiedy jadlam frytki.

Może to pierwsze pozytywne symptomy.

Teraz mam luzik. Noga zamrożona - to nie boli. Bardzo przyjemne uczucie. Pomimo, że jest chlodna i drętwa jak nie moja. Lepsze to jednak od bólu.

Córcia pomimo skończonych lat dwunastu ogląda bajeczkę - zupenie jak dzidzia ;) A ja klikając razem z nią. Choć przyznam niezbyt uważnie.... Jakby kto pytal - to nie wiem co to za bajka. O owieczkach jakichś??? Inne zwierzątka też są , to już nie wiem.... Ale jak skończy(my) to pójdziemy zrobić kolacyjke jakąś. Ja to mam ochotę na placuszki ziemniaczane. Tylko kto oskrobie kartofelki...? Chętnych nie widać . Pwenie będą jaja sadzone i pomidorki, i z maselkiem chlebek.... Tak, mogą być jaja...

Koniecznie też herbatka z cytrynką, albo zielona.

To chyba zabiorę się do tej kolacji już teraz. Może ja znów glodna jestem??? Ale fajnie , chyba tak. Może z pól kilo naleci na bioderka. Przydaloby się :)

Kolorowej nocki życzę wszystkim zarloczkompapa

 



Podziel się:

komentarze (5) | dodaj komentarz

Heh.........

Tego juz za wiele! Dziś znów zżarlo mi notkę! Chrzanię to ! Mam dość ! Może potem napiszę.

Do du...... wszystko!

A naprawdę mialam świetny nastrój.

Teraz to muszę zmykać na ćwiczonka i masażyk....



Podziel się:

komentarze (3) | dodaj komentarz

Popoludniowe dyrdymalki

Humorek trochę mi się poprawil. Masażyk ekstra jak zwykle, choć dziś chyba krócej trochę...

Sąsiadka wpadla na kawę - sama zrobilam - pogadalyśmy nieco. O wszystkim i niczym, grunt że zeszlo jeszcze na herbatkę - zieloną. Mile popoudnie. Szybciej czas leci w towarzystwie.... do tego (marzenia się spelniają) mami zrobila pyszne placuszki ziemniaczane. Pyszne, bo nic nie zostalo. Nawet sąsiadka się skusila. Chociaz przed obiadkiem bylo komisyjne ważenie. Obie jesteśmy przerażone. Z innego powodu oczywiście. Ona to zupelnie niepotrzebnie - moim zdaniem w normie. Ale ja 48 kg!!! Tyle to ważylam jak mialam jakieś 17 lat. Cale wieki temu. Do odrobienia 4 kg. Stracić latwo - przynajmniej w moim przypadku, ale skąd mam je teraz wytrzasnąć??!! Wszystkie ciuche ze mnie lecą.... co bardziej perfidni proponują bym poszukala w szafie córci;)

Odstawilam fajki, mam nadzieję że to pomoże. Znaczy czasem jeszcze pociągnę, ale rzadko, bo wlasnych nie mam, do sklepu nie dojdę, dzieciom nie sprzedadzą , koleżanki kupić nie chcą.... i tak wyszlo że nie palę... Może to i dobrze...Chyba też nie bylam rasowym nalogowcem, bo niespecjalnie odczuwam ich brak... nie tęsknię;)!!!

Trochę niebo zasnulo się chmurami na wieczór. Mam nadzieję, że nie jest to zwiastun deszczu w dniu jutrzejszym. Trochę mam biegania po mieście (kuśtykania hiiihi), brakuje mi ręki do parasola:) Będę mokra... w końcu po letnim deszczyku pozostalo juz tylko wspomnienie. Taki to lubię nawet, bardzo nawet... aż się rozmarzyam ... boso, w deszczu na trawie (to nic że ślisko i pięty potem zielone:)... Zobaczymy zresztą, jak wleje, to trudno. Albo to pierwszy raz. Poprostu wystąpię w roli zmoklej kurki;)

Dziś przylatuje jaśnie pan... ciasto jakieś powinnam zrobić... a jak mi się nie chce... a on karpatkę lubi... to może upiekę... taka jestem, jeszcze mu dogodzić bym chciala (spokojnie , kulinarnie tylko).. wiem , nawet to za dużo... a może bedzie niewredny... to chyba pogonię lenia i coś upiokę - niekoniecznie karpatkę... blinka jakiegoś do kawy.

No to lecę - jasne że powoli. Inaczej teraz nie umiem. Na szczęście samolot ma spore opóźnienie, hehe to może zdążę... Buziaki ...

Jak ja to przeżyję...??!! Jestem absolutnie nieprzystosowana do życia - takiego życia. A czas się przyzwyczaić , bo prędko inne nie będzie...

Calkiem już wieczorowo, acz cieplutko (tatuś napalil w piecu) Was pozdrawiam... pa



Podziel się:

komentarze (7) | dodaj komentarz

O czym to ja dziś? Naleśnik, szarlotka, rozwód...

Naleśnik wbrew pozorom nie jest zjadliwy - przynajmniej w naszej kulturze - wlaściwie to ten Naleśnik, czyli kot mojej córci. Przyplątal sie kiedy bylam w szpitalu. Dal się poglaskać, nakarmić, przytulić i zostal... na tarasie. Ma koszyk i kocyk, dla niego pewnie najważniejsze, że pelną miseczkę... Sympatyczny czarny kocurek z bialymi skarpetkami i latką na grzbiecie. Grzeczny jest , choć ciągnie go do domu, a ja nie lubię zwierząt w domu... Dziś spotkalam go w lazience na fotelu!!! Spal grzecznie sobie, a kiedy wszedl, pojecia nie mam...

A blinek okazal się calkiem , calkiem szarlotką. Jeszcze cieply spotkal się z uznaniem synka :) wpalaszowal taaaki kawalek, że smakowalo mu bez wątpienia! Jaśnie pan jeszcze nie skosztowal...

 

Dotarl wczoraj przed pólnocą, dzieciaki cierpliwie czekaly, choć późno bylo, a dziś rano do szkoly przecież, ale czekaly dziewięć miesięcy więc nic to że późno. Buziaki, uściski, cieple slówka, prezenty... i do lóżeczka, acz niechętnie...

Myślalam, że może uda nam się porozmawiać jeszcze... o nas... ale nie ma nas.. za dużo w nim żalu... ja patrzę jednostronnie... wręcz zarzucil mi , że myślę tylko o sobie "tylko ty i ty - uslyszalam - a myślalas jakie jest moje życie??" Otóż caly czas o tym myślę... ale to już nie moja sprawa... Od dziś już nie, za trzy tygodnie prawomocnie przestanie być mym malżonkiem, po czternastu latach...

Tylko czy to takie dziwne, że myślę o sobie?? Egoizm za egoizm. Nie jak oko za oko... to raczej kwestia obrony...a bronić się to ja nie potrafię zupelnie. Więc siedzę tu calkiem sama, z moimi myślami. Może nawet lżej trochę na duszy, bo mam to już za sobą...smutno jakoś... i nawet piwa wypic nie moge na pocieszenie... :)

Będzie lepiej... później...



Podziel się:

komentarze (7) | dodaj komentarz

Noc

Zaszlo slońce, ksieżyc zasnuty gęstymi chmurami... Tylko świerszcze w trawach cykają... czy to znaczy, że żadne się już licho nie czai...??? Oby...



Podziel się:

komentarze (5) | dodaj komentarz

Nie śpię jeszcze...

...ale spokojniejsza już jestem. Z czasem uspokoję się zupelnie. I coraz mniej mi żal. Patrzę, slucham i dochodzę do wniosku , że nie ma czego żalować. Wiem, że zrobilam pierwszy krok na mojej nowej drodze. Milowy!!! Aż niedowiary, że takie stawiać potrafię. Pewnie jeszcze nieraz popsioczę tu na jaśnie pana, ale to później. I może nie aż tak często. Wiem - naiwnie to brzmi, nie uśpil jednak mej czujności na tyle bym przestala myśleć racjonalnie. Co to to nie. Nieraz się już na nim zawiodlam, już bym nie chciala, ale wszystko jeszcze przede mną... mam jednak wprawę...;)

Możecie mi wierzyć lub nie - uśmiecham się sama do siebie... do myśli swoich.

Patrzę na gościa, co to spi na mej kanapie po kilku glębszych (nie, nie ja mam antybiotyk:), gościa którego kochalam większą część mego wcale nie aż tak dlugiego życia i nie mam ochoty przytulić sie do niego, dotknąć, pocalować... nic... zupelnie nic nie czuję na ten jego widok... po raz pierwszy od dawna...chyba normalnieję ;)))))

Jak to mówila swego czasu moja pani od polskiego: może będą jeszcze ze mnie ludzie, a przynajmniej ludź:)))))))

 

Porzucilam nadzieję

ból z pewnoscią przeminie w końcu...

rany czas wieczny zagoi

a blizny zbledną w slońcu...

 

Uśmiechnieta od ucha do ucha witam was, choć do świtu daleko jeszcze...

dzień dobry na dobranoc...

A teraz idę spać, buźka :))))))))))))

 

 



Podziel się:

komentarze (19) | dodaj komentarz

Iść, ciagle iść w stronę slońca...

Do wpisu zainspirowala mnie Wilczyca chyba. Każdego dnia staram się pojąc co się dzieje wokól mnie, gdzie tkwi tego przyczyna i jaki może być skutek. I pomimo szczerych checi nie jestem w stanie ocenić wszystkiego trzeźwo, ani przewidzieć wlaściwie konsekwencji. Jestem tylko czlowiekiem, kobietką w malym ciele. Jak wszyscy popelniam blędy, uczę się na nich i podążam dalej. Przed siebie. Trochę mi zeszlo ostatnio. Zbyt cząsto oglądalam sie za siebie. Nie raz robilam krok do przodu by za chwilę cofnąc sie  odwa... I może pisząc to szukam usprawiedliwienia przed sobą samą... obralam drogę i chce nią kroczyć dopóki starczy sil... obym tylko nie zgubila kierunku, nie mam kompasu, na gwiazdach nie znam się aż tak dobrze, podążę więc ku slońcu... Pragnienie by wydostać się z mroku jaki mnie otoczyl jest śilniejsze od strachu przed poparzeniem przez gorące sloneczne promienie... Dość już smutku i przygnębienia. Rozpamiętywanie przeszlych chwil, liczy się tylko dziś. Nie jutro nawet, bo to pozostaje zawsze zagadką. Owszem planować trzeba... wyznaczyc cel... trzeba się jednak liczyć z tym , że plany moga się nigdy nie ziścić... pomimo szczerych checi... dziś jestem - jutro mogę nie być...

Każdego dnia powinno nam towarzyszyć szczęście... nawet gdy po policzku splywają lzy... Bo jak przyslowiowy medal życie ma również dwie strony... tę dobrą i tę gorszą... nie da sie zapomnieć o istnieniu drugiej... od nas tylko zależy którą dostrzeżemy, na której skupimy nasze emocje.

Zupelnie jak z moją chorobą... wściekla jestem z powodu nogi... cieszę się jednak... bo druga jest zdrowa... dzięki temu chodzę... Prymitywny ten przyklad... no cóż...

 

Bylam dziś w lesie, nad jeziorem, szwagier mnie tam zawiózl. Jak już pokonalam o kulach polanę pelną kretowisk... usiadlam na lawce... naprzeciwko tafli wody... nawet nie próbuję opisać co czulam... nie pamiętam kiedy bylam tam po raz ostatni... dawno... to miejsce tak wlaśnie dziala... nie ważne co się dzieje... ogarnia mnie  tam spokój... znajomy zapach wody... lasu... szum drzew... i cisza wpleciona w śpiew ptaków... jesień... zupelna pustka, zero ludzi, samochodów, radia, telewizji (pomimo szwagra pod ręką) czulam że jestem ja i to miejsce... ono ma swoją niepowtarzalną energię... uspokaja...

Wiem, ze są miejsca i chwile w których samotność nie gryzie... w których daje się oswoić... mam nadzieję , że uda mi sie oswoić moją... kiedyś...

 

Wbrew pozorom nie jest to smutny wpis. Ja chyba tak nieśmialo wyrażam po prostu swoją radość... nie pozwalam jej wybuchnąć... chcę czuć jak powoli rodzi się ze smutku... jak się rozwija... a ja razem z nią... jak w cieniu tejże radości giną bolesne wspomnienia... przepada niechęć, zazdrość i rozgoryczenie... jak zaczynam żyć... nabieram rumieńców i blasku...

Przecież to możliwe... nic to, że coś się skończylo... ważne że zaczyna się nowe... ode mnie zależy czy lepsze dziś...

 



Podziel się:

komentarze (5) | dodaj komentarz

Niedziela - zero stresu przed poniedziałkiem...:))

Cały dzień mam dla siebie. Chata wolna, a ja jakoś nic nie zorganizowałam..:)). Wieczorem tłukłam się po domu bez sensu. Zawsze mam tak gdy nie ma dzieci. No wpadła sąsiadka z piwkiem (oczywiście ona piwko a ja grzecznie Karmi) ale i tak czuję się jakby święto jakieś było. Nocne pogaduchy udane. Jak zwykle poprawiła mi humor ta kobietka. Szczere jej dzięki należą się za to:). Odważyłam się nawet "wskoczyć" do wanny. Oczywiście wskoczyć to dużo powiedziane, raczej się do niej wtoczyłam. Sama nie wiem zresztą jak mi się to udało. Niezła ze mnie akrobatka.:)) Jakość kąpieli zadowalająca, lepsze to niż pluskanie w miseczce... O pełnej wannie wody moge jeszcze pomarzyć.

Kiedy mi się ta noga zagoi???!!! Jestem cierpliwa, poczekam, choć zaczynam się odrobinę denerwować. Nawet nie z powodu ograniczeń w kąpieli, raczej z troski o nogę. Za tydzień wizyta, zobaczymy co na to szanowny pan doktor.

A tymczasem kuśtykam sobie powoli po domku i tarasie od czasu do czasu.  Zasnąć jakoś nie mogłam bardzo długo, a kiedy już , już sen spływał na powieki mój brzuch rozpoczął bardzo głośny monolog, przecież ja prawie śpiąca nie miałam ochoty na dyskusje... Nie dało się spać jednak przy tym jego gadaniu, albo z powodu tegoż. Grunt, że spełzłam na dół do kuchni około północy by usmażyć sobie kabaczka - pyszota nawet o tej porze - w celu uciszenia brzuszka. Skutek niezupełnie oczekiwany, bo burczenie z głodowego gulgotu przerodziło się w mruczenie, zdecydowanie cichsze.  Oczywiście o spaniu mowy nie było nadal. Na szczęście o tej porze nawet coś ciekawego można zobaczyć w telewizji. I nie jest to żadna telenowela... Coś tam zajęło mnie przez kolejną godzinę albo dłużej. Czasem potrzebuję bezmyślnie, bez emocji pogapić się w telewizor, by nie myśleć o innych rzeczach. Może zdrzemnęłam się nawet nieco na kanapie, jako że straciłam wątek. Do łóżka dotarłam jednak dopiero na trzecią, a to tylko pięro wyżej:)) I tak minął sobotni wieczór. A od rana pustki w domu ciąg dalszy, bo dzieci nie ma nadal. Już się nie mogę doczekać kiedy wrócą. Wiem , że uzależniona jestem od nich bardziej niż one ode mnie. Wiem też , że coś z tym muszę zrobić. Jakoś trudno mi teraz gdy jestem uziemiona, ale tak, trzeba wyjść do ludzi i takie tam. Przez choróbsko jestem od ludzi odizolowana. To się jednak skończy, mam nadzieję.

Rany, jaką mam ochotę na spacer. Chyba odważę sie i pójdę sama. W końcu gdzieś dotrę. Niekoniecznie daleko:)) Mam nadzieję , że będę miała siłę wrócić. Hehe... Będzie numer jak nie...:)))



Podziel się:

komentarze (7) | dodaj komentarz

... można żyć bez powietrza...

Dlaczego więc wciąż pozwalam się ranić? Sama zadaję sobie to pytanie.

Bardzo długo stosowałam technikę wyparcia. Odrzucałam w świadomości to co dzieje się wokół mnie. Tak długo więc to trwało. Zbierałam się do uporządkowania swego życia od dawna. Nie miałam siły na działanie. Wiem , że było to nieuniknione. Miałam jednak nadzieję na cud jakiś... A cuda się nie zdarzają, przynajmniej nie w moim życiu. Rozwiodłam się , porządkuję sytuację prawną, i takie tam. Przynosło mi to pewną ulgę, może dało poczucie uwolnienia się od niego. Może zabiło nadzieję. Nadal jednak gdzieś w zakamarku mego serca jest miejsce dla niego. Ja nie przestałam kochać, nawet teraz gdy patrząc na niego nie mam odruchu by wyciągnąć rękę , przytulić - to wiem że kocham. Choć tak wiele się zdarzyło. Bo takie jest moje serce - niereformowalne. Rozum swoje, a ono swoje. Pewnie potrzebuję jeszcze więcej czasu. A może i on nic nie zmieni...

Sprzątnę jego rzeczy, wywietrzę dom z zapachu jego perfum, stare albumy ze zdjęciami wstawię na najwyższą półkę w szafie - tak żeby nie sięgać... Wrócę do pracy, zajmę myśli codziennością... Zapomnę? ......... Może kiedyś. Gdy będę miała nowe wspomnienia... Już wiem , że mogę oddychać bez niego, choć wcześniej zwyczajnie brakowało mi powietrza... Zupełnie jak w wierszu...

 

 

Nie widziałam cię już od miesiąca.
I nic. Jestem może bledsza,
trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca,
lecz można żyć bez powietrza!

/Maria Pawlikowska - Jasnorzewska "Miłość"/

 

 

 



Podziel się:

komentarze (13) | dodaj komentarz

Pomarudzić muszę...

Na nic nie mam dziś jakoś siły. Owszem, pozbierałam się jakoś z rana, zwlokłam swe obolałe członki z łóżka, chciałam nawet zrobic dzieckom śniadanie. Ale one nie miały na nie chęci... wskoczyłam na trochę do pracy... coś tam trzeba zrobić było... potem ćwiczonka... ale kiepsko mi szło , bo boli... dlaczego wciąż?? denerwuję się... nieswoja jestem... chętnie zaszyłabym sie w jakiejś ciemnej norce... zasnęła i obudziła gdy będzie po wszystkim... spryciula ze mnie... a nie ma tak lekko...trzeba żyć, trzeba czuć... wyjechał w nocy... może wzystko z czasem osiągnie normę jakąś... teraz jest do bani... dzieciaki jakieś obce takie... nawijają przez telefon... kryją się... tajemnice mają... przykre to... im tez cięzko, wiem... pewnie bardziej niż mi. Niby nic nowego bo zawsze tak było później... czas, musi minąć dużo czasu, może pozbieramy się jakoś... mam nadzieję , że tak. Na domiar jakieś licho mnie bierze, mam nadzieję , że przeziębienie , nie gronkowiec znowu. Wiem, że czas przestać marudzić, kolację dobrą zrobic trza, pogadać z dziećmi, choć opryskliwe... żal do mnie mają... ale spróbuję, dla nich warto... no to pomarudzilam, może lżej będzie na duszy odrobinę... na dziś wystarczy chyba...



Podziel się:

komentarze (8) | dodaj komentarz

Uśmiech

Chcę się uśmiechać, niczego bardziej nie pragnę. Ale ten uśmiech to przez łzy dziś... zmieniałam opatrunek, wygląda to paskudnie. Znów się jątrzy. Nie wiem dlaczego tak jest. I boli, choć już nie bolało. A jutro muszę jechać do szpitala. Obawiam się , że znów na długo. Wcale tego nie chcę... sama nie potrafię sobie pomóc... pytanie czy tam mi pomogą , czy będzie dobrze. Tak długo to już trwa... i wszystko na raz, brakuje mi siły... jeszcze nie wylazłam z jednego dołka , a już drugi się szykuje. Ja wiem , że co nie zabije to wzmocni... w końcu coś jednak zabije... a dzieci rozmawiać wcale nie chcą, może nie dojrzały jeszcze do takiej rozmowy... one wszystko widzą po swojemu... nie chcę narzucać im swego punktu widzenia... odbierać złudzeń...nie żeby miały nadzieję, że wszystko będzie jak dawniej, wiedzą  że nie będzie... chcą jednak wierzyć że tato jest wporządku... tak jak im mówi... starają się , wuczuwam jednak niechęć do mnie, obwiniają mnie... nie dziwię się, niezależnie od wszystkiego wychowuję je tak jak dawniej, to co się stało nie ma wpływu na codzienność, małe sprawy które się na nią składają... a teraz będę 300 km od nich, nie wiem jak długo się nie zobaczymy i jaka będę po powrocie ze szpitala, bo nie działa on na mnie dobrze, wręcz przeciwnie... boje się , noga wygląda okropnie i ja się z nią czuję okropnie... i jestem z tym zupełnie sama... to jak mam się uśmiechać??!! Kiedy to się wreszcie skończy?



Podziel się:

komentarze (19) | dodaj komentarz

Jak dobrze być w domu !!!

Ponieważ waśnie wcięlo mi calkiem już gotowy wpis, a moje ciśnienie gwaltownie wzroslo, powiem tylko, że już jestem... i baaaardzo cieszę się z tegoż powodu, bo najlepiej jest w domu wśród rodziny, znajomych ścian i kątów...

Wszystkim dziękuję za troskę, trzymane kciuki i buziaki. Pomogly!

Nie mogę już doczekać się chwili, w której zlożę me kości we wlasnym lóżku (te szpitalne są okropnie niewygodne) - dobrej nocki wszystkim więc pożyczę... do jutra...



Podziel się:

komentarze (0) | dodaj komentarz

Spokój, taras, wspomnienia...

Jesem spokojna. Podejrzanie spokojna... aż mnie to niepokoi... to nie tak, nie próbuję szukać dziury w calym, zastanawiam się tylko jak dlugo tak bedzie. Wiem juz jak często popadam w zmienne nastroje. Obecny jest w porządku. Może wynikac z faktu, że jestem w domu, a moze to cisza przed burzą... dużo ostatnio przeszlam, cala ta choroba, szpital i znów szpital... lekarze zdają się być bezradni, chyba wyczerpaly sie pomysly na leczenie mojej nogi... wypisali mnie żebym odpoczęla od szpitala, mam nadzieję że to tak dziala, że pobyt wśród rodziny coś zmieni... a może potrzeba czasu by leki zaczęly dzialać, mogę je w sumie brać w domu, po co mialabym tam leżeć... nawet pomimo spokoju boję się , że znów tam trafię... a już nie chcę. Dzieciaki bardzo to przeżywają, ostatnie dwa miesiące spędzily praktycznie beze mnie... to dla nich trudne, dla mnie też. Jak one się zmienily, są takie dorosle i samodzielne, przynajmniej z wierzchu... bo glębiej nie wiem. Coś mi jednak mówi, że to wciąż moje maluchy, pomimo wzrostu... i nie wiem jak mam się do nich zabrać, rozmawiamy jak zwykle, chyba, tylko tak jakoś powierzchownie. Dużo czasu minęlo i tylko przez telefon, to pewnie nic dziwnego. Dziś mielismy fajny dzień pomimo pogody, późna pobódka, śniadanie u rodziców, brakuje juz miejsca przy stole, bobo mojej siostry tak się rozpycha :) a później... waśnie, pogaduchy z córcią, zeszyt do polskiego, oceny, bo mama byla na wywiadówce zamiast mnie... grzeszki synka szkolne i nie tylko... nie takie już zresztą male, coraz trudniej, pojawiają się schody, koledzy, pomysly , problemy... jak ja to ogarnę??

Nie bylam niestety na cmentarzu, bo dzeszcz, ślisko i takie tam... gdzieś po cichu wspominalam dziadka, babcie też, ale chyba najbardziej dziadka, byl mój ukochany - kiedy bylam mala, gdy doroslam nie mialam juz czasu... smutne. Tak to juz jest. Teraz mam dużo czasu na myślenie, czasem to glupoty, przychodzą do glowy same, ot tak.

Siedząc dziś na tarasie uświadomilam sobie jak bardzo tęsknilam do domu i jak kocham to miejsce. Dom. Wszystko takie znajome i swojskie, cala tona wspomnień... tych dobrych i gorszych... moich...



Podziel się:

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zakupy

Otóż, sprawilam dziś sobie przyjemność. Wiadomo najlepsze na poprawę nastroju sa zakupy! Dzięki nim moja kuchnia robi sie coraz ladniejsza, coraz bardziej przytulna... to lubię . Kupilam mebelki, stól i krzesla. Pewnie , że nic wielkiego, tak ladnie jednak dopelniają calości... i kolorek dopasowal się idealnie... więc zamiast odpoczywać po ciezkim dniu, bo uchodzilam się trzeba przyznać, teraz pod byle pretekstem wchodzę do kuchni, to glupie, żeby popatrzeć sobie, posiedzieć na miodowym krzeselku... wypić kawę przy miodowym stole... ale mam frajdę... hehe... Już wczoraj obejrzalam je sobie w sklepie, nie moglam się zdecydować. Bo ja już tak mam, jeśli nie kupię czegoś w ciągu pieciu minut, to potem strasznie dlugo myślę. I spalam zastanawiając się, czy stól okrągly czy prostokątny, ten czy tamten. A dziś splynela na mnie wena na zakupy, poszlo calkiem gladko, no może 15 minut. Oczywiście nic bym nie kupila gdyby nie pomoc taty, który cierpliwie przemierzal ze mna w korkach miasto od sklepu do sklepu. Tato , jesteś wielki!!!

 

Postanowilam, że nie dam ,się tak latwo mojej chorobie. Na razie staram się o niej nie myslec bez przerwy, chcę zapomnieć. Kiedyś mialam kurzajkę na ręce. Uparcie się mnie trzymala, pomimo zabiegów. Zapomnialam i wtedy znikla , tak po prostu. Więc robię co trzeba, oczywiście, biorę leki, zmieniam opatrunek i ... korzystam z życia... hi hi... w miarę możliwości...

 

Pogoda za oknem paskudna, chcialoby się powiedzieć polska zlota jesień... chyba przez okno i to nie do końca... Niebo zachmurzone więc zloto liści na drzewach wcale nie mieni się w slońcu, a szkoda!! Dzis w drodze do sklepu sluchalam  jak gawędzą mobilki na sibi (jakkolwiek się to pisze:). Nie tylko o misiaczkach rozmawiają, opisywali sobie warunki na drodze, dużo też bylo o aurze, i ... rodzajach deszczu... otóż ustalono , że to wlaściwie nie deszcz dziś padal, nie grad, nie śnieg tylko ... "takie kulki lodu z nieba lecialy", zdaniem mobilków... zawsze bawily mnie te ich pogaduszki oczywiście sowicie zakrapiane niecenzuralnym slownictwem. Ale teraz nwet niecenzuralne zamieszczono w slowniku, co mi tam, od czasu do czasu można posluchać jak rozmawiaja ludzie nie hamujacy emocji. Bo bywa też czasem gorąco, jak  ktoś zachowuje się, powiem delikatnie - niestosownie na drodze...

 

Dzień zaliczam do udanych, wyjątkowo udanych (choć do końca jeszcze parę ladnych godzin:). I gdyby nie wzywająca mnie swymi kolorami i ogromem góra prasowania, bylby po prostu boooski, wiem wiem... nie ma idealnie, wtedy byloby nudno... ale chyba już czas zachęcić córcię do prasowania... zdaje się jednak, że to dopiero karkolomne zajęcie... to może dziś odpuszczę jej i sobie... he he przede wszystkim sobie... tego leniuszka strasznie trudno namówic do roboty... a jak będzie musiala, a nie chciala - to nic z tego nie będzie... wrzucę filmik jakiś na dvd... dobry pomysl... to do dziela, w końcu dziś sobota...

 

Milusińskiego weekendu kochani.... marzy mi sie lampka wina, ech...



Podziel się:

komentarze (7) | dodaj komentarz

Trzecie dziś podejście

Z duszą na ramieniu siadlam do tego wpisu, bo ostatnio niewiele udaje mi sie tu uskutecznić... niestety. Nawet dla niskociśnieniowca nagly skok ciśnienia nie jest wskazany. Doprowadza mnie do szewskiej pasji pożeranie wpisów na ukończeniu... i slawny bląd 503 gdy próbuję kogoś odwiedzić, nie wspomnę o komentowaniu... nawet zalożylam sobie drugiego bloga... ale tam jest tak obco, już przyzwyczailam się do tego miejsca... smutno byloby  je opuszczać, przecież za każdm razem zostawiam tu cząstkę siebie... to taki drugi dom dla myśli, co by nie blakaly się wciąż po mej skolatanej glowie. Ale wielu już stąd odeszlo. Zupelnie nie wiem co z Kanibalem... dlugo mnie nie bylo, to moglam się pogubić... Do wszyskiego trudno przyzwyczaić się po dlugiej nieobecności...

 

I znów zeżarlo mi kawalek... może glupoty pisalam i dlatego wlaśnie... nie wiem...



Podziel się:

komentarze (2) | dodaj komentarz

Oj wieje dziś, wieje... od wschodu

Slonecznie dziś ale wiatrzysko mroźne, lepiej się nigdzie nie wybierać taką pogodę. A ja wypelzlam, a jakże do apteki trzeba bylo, do sklepu też bo kawa bez mleka jakoś mi nie wchodzi. A przecież picie kawy to ma być prawdziwa przyjemność.... Na dziś dość chodzenia, wczoraj przegięlam, kolanko spuchlo, bolalo... Na powrocie zaliczylam wizytę u sąsiadki, bo ona wiecznie czasu nie ma żeby wpaść... zapracowana kobita... milo bylo pogarawędzić jak za starych dobrych czasów... zaraz dzieciaki wrócą ze szkoly, szybki obiadek - córcia na dyskotekę leci o czwartej... i po dzionku... dobrze nawet bo czas dluży mi się niemilosiernie... ech kończę bo na marudzenie się zanosi... może później wpadnę :)



Podziel się:

komentarze (6) | dodaj komentarz

Leniuchowanie na maksa...

Aż wstyd się przyznawać ale dopiero wypelzlam z mego cieplego lóżeczka. Nie żebym spala tak dlugo - czytanie mnie tak wciągnęlo... i ta ciepla, milutka pościel... a że nigdzie mi niespieszno, to sami rozumiecie... Teraz kawka, koniecznie, bo umysl ociążaly i z racji pogody (brr szaro za oknem, ponuro) i z racji tak dlugiego leżenia. Ale co mi tam. Trzeba korzystać z wolnego. Jeszcze przyjdzie mi wstawać o 6.00. Wolę teraz o tym nie myśleć.

Muszę iść do apteki, a strasznie nie mam na to ochoty... mżawka jakaś za oknem, i golym okiem widać że zimno, nic to mus i już. Dzieciaki w szkole , a apteka do 14.30. Prawdziwie wioskowe godziny otwarcia!! Cena ucieieczki od zgielku miejskiego. Ale za ten widok z okna mogę znieść takie dolegliwości. Nawet dzis jest piękny choć horyzon za zasloną deszczu, delikatnego jak za mglą.

Dzieciaki wrócily, coś dziś szybko. Bierzemy się za obiadek...

Do milego...

Znów wpadlam na momencik... Jak się wstaje o trzynastej z lóżka to dzionek strasznie potem krótki, hehe... no i nockę mamy. Wspólnie zrobiliśmy kolację, synuś ugotowal paróweczki, córcia zrobila salatkę, świeże buleczki z maselkiem, herbatka z cytryną, pycha... no i ubaw setny. Kolacja przy akompaniamencie - jak to leci... rozkwitają pąki bialych róż, wróć Jasieńku... i dalej... córcia miala dziś próbę chóru, śpiewa bez przerwy... nawet nie sądzilam , że ta piosenka ma aż tyle zwrotek. Synuś wywracal oczkami, malo zeza nie dostal, a ta śpiewala i  śpiewala, oczywiście nie pamiętając o jedzeniu, bo z pelną buzią śpiewać się nie da. Sami widzicie, że wesolo mamy. Z moimi dziećmi raczej nie ma mowy o nudzie, czy monotonii. Mam przeczucie, że niezly wekend mnie czeka, chodzą jak nakręcone te moje  sloneczka. To zresztą bardzo przyjemne gdy one są takie wesole. Musze je czymś zajać, żeby glupawka do glowy nie uderzyla:)))) Póki co zapowiedzialy, że śpią do poludnia, hehe juz to widzę... :))))) cos czuję, ze od rana będzie wojna o kompa, mamo powiedz mu (jej) i tak dalej... może ciasto jakieś z córcią zrobimy, a w obiadek wrobię synka... podoba mi się ten pomysl :)))) ciekawe co mu wyjdzie?

Zalamka, nic ciekawego nie ma w telewizji, co tu robić? I plytki dvd też wyszly, to znaczy razem ze szwagrem... obejrzalabym coś ciekawego... może jutro, chyba wezmę się za kolejne czytadlo...

No to spadam dziś już , bo zaczynam w kólko o tym samym...

Jak to mówią moi znajomi (gdy chcą mi dokuczyć hehe) :

STOSUNKOWO UDANEJ NOCY ŻYCZĘ WSZYSTKIM !!!!

(niekoniecznie wspólnie ;).



Podziel się:

komentarze (4) | dodaj komentarz

Podróż sentymentalna...

Niedzielny wieczór. Jestem sama. W tle U2... Przeglądalam dziś różne stare rupiecie, a to plyty - stąd ta muzyka - a to zdjęcia. Zrobilo się jakoś tak sentymentalnie... Plyta podpisa ręką mego bylego męża, znak dawnch czasów.  Jeszcze do niedawna nie moglam sluchać jego muzyki, przywolywala wspomnienia, powodowala smutek, poglębiala mój żal. Ale to już minęlo, a może tak mi się tylko wydaje... niemniej jednak teraz slucham z wielką przyjemnością, wyparlam ze świadomości dawne obrazy, pora stworzyć nowe...

Zdjęcia... kiedy sięgnelam po to pudelko z naszą przeszlością, szukalam zdjecia mego chrześniaka, zupelnie zapomnialam, że są tam też inne... z czasów gdy bylam jeszcze nastolatką, gdy trzymaliśmy się za ręce, gdy mialam duży brzuch za sprawą naszego syna... gdy śmialam się każdą częścią ciala, bylam bezgranicznie szczęśliwa... gdy w jego oczach byla radość, ta iskierka której już nie ma, zdaje się że w ogóle, nie tylko przy mnie... i chyba w moich też przygasla... To nie tylko lata zmienily twarz, nie potrafię tego nazwać, jesteśmy inni, ja jestem inna... mam wrażenie, że ze zdjeć spogląda bardzo radosna i pewna siebie dziewczyna, natomiast z lustra... zagubiona kobieta, smutna... pomimo uśmiechu na twarzy... bardzo stare wczoraj i dziwne dziś... Przeglądając zdjęcia nie czulam smutku... dziwne, co? Czulam radość, uświadomilam sobie, że tylko do mnie należą nasze wspmomnienia, nasze wczoraj... niezależnie od tego co dzieje się teraz, to co bylo jest w tym pudelku na dnie mojej szafy... Może nie będę do niego zaglądać przez następnych parę lat, ale wiem że tam są, choć minione, chwile... cząstka mnie, świadectwo szczęścia...

 

 



Podziel się:

komentarze (6) | dodaj komentarz

Dwa światy

Czytam, czytam, wciąż sięgam do fikcyjnego świata. Książki przemawiają do mnie znacznie lepiej niż filmy. Ale to pewnie dotyczy wielu z Was... Niezupelnie sama wybieram sobie repertuar, za daleko mam do biblioteki, więc zdana jestem na innych, co przyniosą to "polknę". Nie zawsze ze smakiem.:))) A dni takie dlugie, zwariować można z bezczynności. Poza tym te inne światy do których przenoszę się za sprawa lektury są czasem niezwykle wciągające. Bo taaakie rzeczy to się przecież nie dzieją naprawdę. W rzeczywistości ludzie są przeciętni, zwyczajni, chudzi, grubi ,lysi, pryszczaci itd. Natomiast mi się już po raz kolejny zdarzyla obsada: ona przecudnej urody, smukla, wysoka, mądra, urocza, no wzroku nie może od niej oderwać  - rzecz jasna on, jakżeby , barczysty blondyn , zielone oczy, albo barwy lazurowego nieba. To nic , że oboje po niezlych przejściach, ale wszystko przed nimi, bo przecie nie sposób nie zauważyć, jej czy jego.

A ja ze zwyklymi szarymi oczętami, z dodatkiem korekcji, bo inaczej niewiele widzę, z calkiem przeciętnym cialem, ostro draśniętym zębem czasu, z chorą nogą (wyklucza taneczny pląs) wciąż żywię nadzieję, że też dostrzeże mnie jakiś niekoniecznie nawet przystojniak, odgadnie jak zagubiona jestem, bezbronna, spragniona czulości... i spojrzy gdzieś glębiej w me otwarte i zranione serce, i nie bedzie mu przeszkadzać cala ta reszta, to  że wysokich butów juz nie zalożę, że mam paskudną na nodze bliznę, mini wykluczone, że wokól oczu pelno "śmieszek" - te nawet moga dodawać uroku... no więc mam nadzieję, jeszcze, że wciągnie mnie, jak w powieści zupelnie, wir namiętności. Lecz ma rozsądna glowa mimo owej nadzieji wie , że takie rzeczy to zdarzają się tylko w książkach. Tylko w nich ci "źli" dostrzegają swoje blędy, stracony czas, a ci "dobrzy" zostają nagrodzeni pasmem szczęśliwości, czy choćby drobnym a jakże ważnym "przepraszam"...

 

A swoją drogą strasznie sympatyczny ten mój rehabilitant, bez zlota na palcu, i wiek na oko ten. Nie żaden tem Ken, zwykly facet... takie ma cieple spojrzenie, i ta troska, cza aby nie boli, bo jeśli tak to cos zmienimy... Tylko ja się taka sploszona przy nim robię...

Mój Boże kiedy to ostatnio flirtowalam?? Nie pamiętam...



Podziel się:

komentarze (5) | dodaj komentarz

Co tam mamo gderasz pod nosem,,,?

Straszny syf panuje na biurku mego synka. Ja nie wiem czy to dziecko kiedykolwiek nauczy się sprzątać po sobie i wokół siebie... Normalnie jak nie wrzasnę to dupencji nie ruszy. A taki dobry z niego dzieciak - ogólnie rzecz biorąc - ino do tego sprzątania ma awersję okrutną... Tak gderam bo przyszło mi przy tymże biurku właśnie zasiąść, jako że mój rodziciel zabrał laptopka. Oj, szału dostaję, bo wszystko tu się lepi łącznie z klawiaturą, która w dodatku jeszcze jest czarna, a ja wiadomo - lekko niedowidząca jestem...:))) Ale zaparłam się już dawno , że sprzątać to ja u niego nie bedę i konsekwentnie tego nie robię od jakiegoś czasu. W efekcie przyszło mi pomarudzić, sobie pod nosem oczywiście, bo dziecko jak to stwierdziło - pilnie umówione. Ciekawo z kim tym razem. Jakos zgubiłam rachubę w jego sympatiach... Mam tylko nadzieję, że to kolega jakiś celem był tego umówienia. O naiwna, przecie jak się ma piętnaście lat to już nie tylko koledzy w głowie. Czas się przyzwyczajać. A jakże, choć dziewczynki jeszcze, a może już doń nie przychodzą. Za to on wypada z domu pod byle PILNYM pretekstem. Aż dziw bierze., że jeszcze siwizną się ma głowa nie przypruszyła za sprawą moich ratorośli.

Właśnie goście mi sie na wieczór zapowiedzieli sms-kiem. Super, nuda dokucza mi okrutnie ostatnio. Jedyna frajda to wypad na rehabilitacjię. A jakże pan wciąż ten sam, ja wciąż spłoszona. Chyba zacznę marudzić trochę na tej kozetce, żeby więcej mi czsasu poświęcał. A ja nic, tylko: nie nie nie boli, a jakże , wszystko ok, i leżę tam godzinę i nóżką wywijam. A nóżka wiadomo - obraz nędzy i rozpaczy.... Co tu dużo gadać. Przechlapane na całej linii. Mam tych ćwiczeń trzy tygodnie, to akurat optymistyczna wiadomość. Juz po dwóch dniach zauważam poprawę. Pojawia się też nieśmiała nadzieja na odzyskanie sprawności mej niesfornej i jakze pechowej kończyny. Jeszcze tylko gronkowca wytłuc i pełnia szczęścia, bo obecność tegoż napawa mnie lękiem coraz silniejszym. Co ja mam z nim zrobić kiedy taki na wszystko oporny. Siedzi bezpieczny niczym w okopie, nic tylko napalm zrzucić:))))

Zapusciłam dziś sobie muzykę mojego synka, skoro już tak rzutuje na mój nastrój (synek). Więc mam w słuchawkach "Bliskość ciała" w wykonaniu lokalnego zespołu DISCO Mister Night. Niezła jazda, mówię Wam możecie mi wierzyć. A teraz jakieś jak ja to nazywam ruskie techno. Za tym to już moja mózgownica nie nadąża, niezła sieczkarnia!!! Czego to dziecię słucha??? No dość, dłużej nie dam rady. Swoją droga zastanawiam sie skąd to upodobanie do rosyjskiej muzyki, przecież nie uczą się tego jezyka w szkole jak za naszych czasów. Może to dlatego, że mieszkamy bliskowschodniej granicy... Chociaz pewnie też nie. Mniejsza o to.

Pomysleć muszę czym przyjmę dziś gości. Strasznie nie mam ochoty na pichcenie. W ogóle upiekło mi sie dziś od gotowania . Obiad zrobił synek. Kolację też mam nadzieję zrobi, przynajmniej sobie i siostrze. Choć ta na diecie, jakiś wirus dopadł ją wczoraj. Dzień przeżyła na coca coli. Pomogło . Ale dziś jeszcze ostrożnie do jedzenia podchodzi. Oj, nabiegało się dziecko do łazienki. Mam nadzieję, że nas nie zaraziła. Bo oczywiście wczoraj przytulałam mego zdechlaczka, jakoś inaczej ciężko było o wsparcie. Bladziutka byla, zmeczona i słaba. Już coraz rzadziej ma ochotę na przytulaństwo. Więc przyznaję, wykorzystałam jej niemoc, żeby znów poprzytulać moją córcię , zupełnie jak wtedy gdy byla tak malutka, że mieściła mi się na kolanach. Prehistoria. Niby nie tak dawno, a jednak parę ładnych latek. Zagalopowałam się i znów w sentymenty uderzę, a dziś chyba nie chcę.

To cóz zdołam zrobić do siódmej, może murzynka? Jak zaraz stąd pójdę powinnam się wyrobić. Jak myslicie? Synka nie ma, kto mi do sklepu skoczy? Bo nie dość , że ślisko (śnieg padał) to jeszcze ciemno. A na wiosce wiadomo nie ma jak w mieści, chodniki garbate jakieś. Może nie wszystkie. Wiadomo wystarczy jedna krzywa płytka, na którą jak znam życie akutat trafię. I nieszczęście gotowe. Lepiej zostanę w domu. To chyba na córcię padło. Ciekawe co ona na to. Skakać z radosci nie będzi, oj nie.

Dobra, idę negocjować.

Życzcie mi powodzenia kochani. Udanego murzynka rzecz jasna także, co bym zakalcem nie musiała częstować. :)))))

A ja tradycyjnie po-życzę Wam kolorowej nocki. :))))



Podziel się:

komentarze (3) | dodaj komentarz

 12  »

sobota, 31 lipca 2010

Licznik odwiedzin:  14 268

Dzień za dniem...

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Dobrze Ci tu?






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Świat odkrywany

Mam nadzieję, że nie będzie smutny tak jak ja teraz. Że kiedy już wszystko z siebie nań wyrzucę - zacznę uśmiechać się jak dawniej - a żyć zgoła inaczej:)

Teraz - Ja

Kobieta na rozstaju dróg.
Spełniona w macierzyństwie.
Aktywna zawodowo.
Samodzielna, dynamiczna.
I bardzo samotna...

Wiejdź, zapraszam

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 06.12.2007 16:24:18
  • autor: jatko
  • treść: Dzięki za odwiedziny...

Zapukało do mych drzwi

już: 14268
Wpisy
  • liczba: 88
Trwam od: 1123 dni